Soczysta malina na ustach

Moje usta ostatnio nie miały lekko: po zimie były trochę przesuszone (pomimo codziennego nawilżania), wymęczone zarówno zimnym powietrzem na zewnątrz, jak i gorącym oraz suchym powietrzem wewnątrz. Postanowiłam je odratować wazeliną do ust Flos-Lek'u, która sprawdzała się bardzo dobrze. Jednak gdy tylko przyszedł do mnie lutowy Joybox (KLIK), wyskoczyło mi z niego masełko do ust marki Bielenda, puściło mi oczko i wyszeptało dwa czarodziejskie słowa: "Wypróbuj mnie!"...


Nie potrafiłam mu się oprzeć. Już samo opakowanie skradło moje serce - masełko to znajduje się w okrągłym, białym, plastikowym pudełeczku, które mieści 15 g produktu (na górnej części opakowania znajduje się etykieta z bardzo apetyczną, zachęcającą maliną), a pudełeczko z masełkiem jest dodatkowo zabezpieczone kartonikiem, na którym producent informuje nas o przeznaczeniu, działaniu oraz składzie kosmetyku.

Największymi zaletami tego produktu są niewątpliwie: słodziutki, owocowy zapach i smak (!), różowy kolor i konsystencja masełka (jest to kosmetyk tłusty i odżywczy, ale ma lżejszą formę, aniżeli wazelina, co według mnie jest atutem). Jest to produkt kosmetyczny tak apetyczny, że aż "do zlizania", jest bardzo przyjemny w noszeniu i nie przeszkadza mi, jak niektóre sztyfty, pomadki, czy błyszczyki. 



Ponadto, jego działanie jest fantastyczne: nawilża i regeneruje wysuszone lub spierzchnięte wargi i naprawdę daje tzw. efekt baby lips. Produkt lekko barwi i nabłyszcza usta (niczym błyszczyk do ust), ale nie klei się i ma całkiem fajny skład (masło karite, masło kakaowe, witamina E, czy ekstrakt z owoców malin). Jedyną wadą, jaką jestem w stanie dostrzec w trakcie używania masełka, jest aplikacja palcem. Poza tym, same ochy i achy; po prostu uwielbiam to malinowe cudo! A że malin w marcu nadal nie mam dość, mam w zanadrzu dla Was kolejną soczyście malinową recenzję... Stay tuned for more! xo
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...